23 niedziela zwykła

Pierwsze czytanie - mądrość

Autor zaczyna od oczywistego dla niego doświadczenia ludzkiego - ograniczoności naszego poznania. Nasze przewidywania się nie spełniają. Zrozumienie przychodzi nam z trudem. Nie wiele rozumiemy o działaniu tego świata, a cóż dopiero zrozumiemy o samym Bogu?

Może się wydawać, że nam dziś nie jest już łatwo się odnaleźć w części tych wątpliwości. Czy dalej jest tak, że niewiele rozumiemy z działania świata? Wręcz przeciwnie: od czasów Newtona co raz bardziej chodzimy w przekonaniu, że wyjaśniliśmy mechanizmy rządzące niebem i Ziemią. Zresztą nie trzeba sięgać do historii - czyż nie wystarczy spojrzeć na smartfona, by uświadomić sobie mnogość technologii jaką oponowaliśmy (okablowanie pojemnościowego ekranu, setki pikseli w milimetrze kwadratowym ekranu, dziesiątki tysięcy w milimetrze matrycy aparatu, nie wspominając o procesorach i szerokopasmowej komunikacji). Czyż nie opanowaliśmy świata, nie pojęliśmy jego praw, nie stworzyliśmy rzeczy jakiś wcześniej na tej planecie nie widziano?

Opisana trudność jest realna. Autor listu jest doskonale pewny, że nie jesteśmy wiele poznać, sami z siebie zrozumieć. Rozpoznaje wielki dar Ducha, który ucz żyć, tłumaczy Prawo, pozwala zrozumieć plany Boże. Ducha, który czyni możliwym to, co dla autor księgi jest jasną niemożliwością. Lecz skoro, dla nas dziś, możliwość rozumowego poznawania Boga jest oczywista (zwiemy to teologią), to trudno nam podążyć za tym zachwytem autora księgi. Nic z niego nie zrozumiemy, jak wcześniej nie pochylimy się nad naszymi ograniczeniami.

Nie sposób zaprzeczyć doniosłości poznawania praw rządzących światem. Lecz każdy, kto kiedyś starał się je zgłębić. z pewnością wie, jak często niespójna jest nasza wiedza. Jak ograniczone jest nasze poznanie praw fizyki, skoro nie umiemy zbudować poprawnego matematycznie opisu teorii Yanga-Millsa, a co dopiero modelu standardowego. Jak z wielkim trudem przechodzi nam uczenie się matematyki, które jest jedynie podążanie szlakiem już przez kogoś wyznaczonym i oznakowanym.

Lecz czy musimy uciekać się do nauki? Czy nie brakuje nam mądrości w zwyczajnych codziennych decyzjach? W sposobie naszego bytowania z najbliższymi? Czy nie brakuje owców naszego życia? Czy rozumiemy po co żyjemy? Czy umiemy zgodnie z tym postępować? Już tu brakuje nam mądrości. Już tu nasze poznanie, nasz wysiłek czynienia dobrze okazuje się zawodny.

I tak ścieżki mieszkańców ziemi stały się proste, a ludzie poznali, co Tobie miłe, i zostali ocaleni przez Mądrość. To jest rewolucja. Bóg przychodząc chce nas uczynić mądrymi. Nauczyć żyć. Sam pozwala poznawać swoje zamiary, których to byśmy nie poznali swoim rozumowym dociekaniem. ścieżki stały się proste, [...] ludzie zostali ocaleni. Ocalenie z całej naszej ograniczoności. Ludzie idący prosto przed siebie, już nie błąkający się, wiedzący dokąd iść. Wielka rzecz.

Ewangelia. Radykalność opisana językiem biznesmenów.

Czy Jezu nie za dużo wymagasz? Mieć w nienawiści ojca, matkę, dzieci, kogo jeszcze? Tłumacząc semickie wyrażenie (tak twierdzą ci, którzy w przeciwieństwie do mnie się znają na tych rzeczach) należałoby tłumaczyć: komu nie zależy na mnie bardziej, niż na ojcu, matce, żonie, mężowi, dzieciach, ten nie jest mnie godzien. Jezu, musisz tak ostro? Tak zachłannie - jeśli oni są ważniejsi dla Ciebie niż ja, to nie jesteś mnie godzien. Trzeba mieć tupet by powiedzieć takie słowa małżonkom. By powiedzieć takie słowa matce dziecka. Jezus ma.

Mało z tego rozumiemy. Dlatego tak ważne są te dwie przypowieści, objaśniające sens tej wypowiedzi. Pierwsza z nich posługuje się przykładem biznesowym. Skoro dziś nie budujemy wież, to dla lepszego zrozumienia opiszmy analogiczną sytuację współczesnym językiem. Co byście pomyśleli o CEO fabryki, który buduje kolejną linię produkcyjną, mają tylko połowę potrzebnych funduszy? Tragicznie nieprzemyślana inwestycja. Absurd jakiś. Drugi przykład jest podobny: generał, podejmujący bitwę w oczywisty sposób dla niego przegraną, co prawda przejdzie do historii , lecz w inny sposób niż sobie to sam planował. Potomni nie będą mieli litości. W obu tych przykładach motyw przewodni jest jasny: oczywiście ludzie są mądrzy - zanim coś zrobią, to planują czy ma się szansę im to powieść. Ten kto włożył wiele w plan niemożliwy do realizacji, ten będzie słusznym pośmiewiskiem.

Co to ma do pójścia za Jezusem? A no Jezus tłumaczy: Tak więc nikt z was, jeśli nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem. Tak jak wieża ma swój koszt budowy, tak pójście za Jezusem ma swój koszt. Oddanie wszystkiego. Ten kto wszystkiego nie oddał, jest takim właśnie idiotą, jak ten z przypowieści.

Wysoki jest ten koszt pójścia za Jezusem. Jezus mówi to jasno: jak nie oddasz wszystkiego, to Ci się nie uda. Ewangelia nie będzie się spełniać w Twoim życiu. Nie będziesz światłem dla innych. Nie będziesz żył święcie, nienagannie, bez zarzutu (jak to określa Paweł). Jak nie oddasz wszystkiego, nie uda Ci się.

Bardzo byśmy chcieli, by nam się udało mniejszym kosztem. Ja bym bardzo chciał. Tyle, że te słowa Ewangelii nie są bez pokrycia. Z pewnością wiele razy nie oddaliśmy wszystkiego i była lipa - coś nas w drodze ku świętemu życiu zatrzymało. To co mówi Jezus jest niezwykle mądre - nie uda nam się żyć zgodnie z powołaniem (święcie), jak nie będzie to absolutnie najważniejsza rzecz w naszym życiu.

Czasem jest we mnie takie myślenie - świętość jest nieosiągalna, my do niej tylko zmierzmy, ja też zmierzam (szybciej bądź wolniej), to jest stan naturalny. Ten drastyczny komentarz Jezusa, jak nie zostawisz wszystkiego, nie uda Ci się, każe pożegnać się z takim myśleniem. Tak, nie wielu było tych, co wybudowali wieżę, co żyli święcie. Dzisiejsze czytanie tłumaczy dlaczego: nie wielu było tych, co zostawili wszystko. Lecz nie wielu nie znaczy wcale! Byli tacy ludzie! Jezus nie żąda rzeczy niemożliwej. Nie posługiwałby się tak bezpośrednią, przemawiającą do wyobraźni przypowieścią biznesowo-polityczną, gdyby nie chciał nas o tym naprawdę przekonać: możesz zostawić wszystko. Może Ci się udać. Nie myśl jednak, że uda Ci się to łatwiejszą drogą, mniejszym kosztem.

W tym zostawianiu rzeczy jest cierpienie. Odkładanie przyjemności, asceza - jest w tym ból i trud. Walka z pokusami - zmęczenie i smutek. Jest samotność, jak towarzyszy nam w drodze do świętości (wszak nie wielu nią idzie, nie wielu zostawia wszystko). Te trudności zostawiania wszystkiego to jest rodzaj krzyża. brzemię moje jest słodkie, a jarzmo moje lekkie. Jak wiesz po co to zostawiasz, to ten trud i ból jest słodki.

Na koniec potrzebujemy jeszcze zerknąć na Pawła. Jednego z tych co wszystko zostawili, jednego z tych, którym się udało. Drugie czytanie opisuje jak wygląda ta zbudowana wieża, jak wygląda życie pełnią miłości.

Drugie czytanie - nietypowa scenka rodzajowa

Dzisiejszy początek listu do Filomona to scena nie byle jaka. Spróbujmy odtworzyć przybliżoną wersję wydarzeń. Filemon jest przyjacielem Pawła. Kiedy Paweł trafia do więzienia, przekazuje mu swego niewolnika (a może Filemon oddał tego niewolnika na potrzeby delegacji do Pawła, któraż to delegacją, która zostawia go na usługi uwięzionemu Pawłowi?). Onezym zostaje u Pawła przez jakiś czas. Zmienia się ich relacja: Paweł w momencie pisania listu nazwie go umiłowanym synem. Podejmuje On decyzje by zwrócić go Filemonowi, lecz pisze, że nie uczynił tego bez wahania. Zastanawia się czy na pewno odesłać tego, który tak bardzo mu pomaga. Do tego towarzyszy mu oczywista troska: Czy Onezym zostanie na pewno dobrze przyjęty przez swego dawnego Pana?

Paweł zaczyna prosto z mostu, pisząc o tych swoich wahaniach. Nie pisze Filemonowi wykładu o moralności, o godności każdej osoby ludzkiej. Pisze o swojej przyjaźni z Onezymem. Paweł upodobnił się do Jezusa. Nie robi rewolucji. Nie zamierza zmieniać świata w okół siebie. Po prostu kocha. Ta miłość zmienia sytuację między nim z Onezymem. Ma nadzieję, że zmieni też sytuację między Onezymem a Filemonem.

Paweł nie robi rewolucji w kwestii niewolnictwo. Paweł po prostu żyje miłością. Zanim zaczniemy walczyć o lepszy świat, przypatrzmy się postawie Pawła. Zwykła miłość, malutka, do jednego człowieka. Taką miłością żyje Jezus, ona ma potężne skutki w tych wokół niego. Miłością, przyjaźnią Paweł zmienia sytuację Onezyma. My też mamy się do nich w tym upodobnić. Tu jest mądrość.

Przydługa dygresja o niewolnictwie.

Cały ten akapit można pominąć. Jest to przykład dygresyjnego komentarza, balansującego na granicy tego, co jeszcze jest w Słowie zawarte, co mi się wydaje że jest, a co jest tylko domysłem. Ja skorzystam z przewagi jaką mi daje pisane słowo nad słowem mówionym - mogę pisać potencjalne głupoty, usprawiedliwiając się tym, że świadom rzeczy Czytelnik odpowiedni akapit pominie.

Dziwi nas sposób, w jaki Nowy Testamencie mówi o niewolnikach. Z jakim spokojem opisywana jest ta sytuacja, spokojem kojarzącym się nam z akceptacją. Kwestii związanych ze stykiem chrześcijanin - świat (w tym chrześcijanin - Prawo) autorzy listów co prawda nie unikają, lecz zachowują zazwyczaj pewną powściągliwość. Żadnych nagłych ruchów. W kwestii panujących królów - poddanie się i zachęta do sprawiedliwego życia (z przypomnieniem, że Czytelnicy mają już lepsze powody do świętego życia niż dozwolona przez prawo kara). W kwestii kobiet - zachowanie, wręcz pochwała, dotychczasowych obyczajów. Kiedy dochodzi do kwestii niewolnictwo możemy być wręcz trochę tym zgorszeni. No sprawę kobiet jeszcze można, by próbować tłumaczyć mentalnością epoki. Lecz kwestii niewolnictwo nie - to przecież jawne sprzeciwienie się (dziś tak zwanemu) prawu naturalnemu - o to jest wspólne wszystkim ludziom, nie tylko działaczom na rzecz praw człowieka ostatnich wieków. Boli fakt, że dogłębnie chrześcijańskie średniowiecze nie zniosło niewolnictwa - i może winić winniśmy też apostołów, którzy swoim brakiem sprzeciwu pozwalają późniejszym wiekom na akceptację takiego stanu?

Skąd się bierze taka apolityczność autorów listów? Myślę, że podpatrzyli ją u Jezusa. Ten przyszedł do Izraela w niewoli i nic nie raczył tego stanu zmienić (nie spełniając oczekiwać wielu) - wręcz publicznie przepowiedział zburzenie Jerozolimy, co godziło w wyobrażenia tych z Izraelitów, którzy ufali w opiekę Boga nad Izraelem. Co prawda Jezus prowokował faryzeuszy tu i ówdzie, lecz zawsze chodziło o (nie)moralność, nigdy zaś o politykę. Chodź chodziły za nim tłumy, to nie Rzymski namiestnik (władza polityczna) uważał to zjawisko za niebezpieczne zamieszki, lecz faryzeusze (władza religijna). Ogólnie: zainteresowani Jezusa zdają się omijać politykę, w tym politykę kluczową dla wiary jaką był los Jerozolimy.

Apostołowie, którzy byli blisko Jezusa, doświadczyli jeszcze czegoś. Widzieli jego zaangażowanie dla ludzi, których spotykał. Widzieli oddanie, z jakim pełni swoją działalność. Wreszcie znali miłość, jaką miał dla nich samych.

Myślę, że autorzy listów (oczywiście poza Pawłem) tej politycznej bierności nauczyli się podczas bytności z Jezusem. Widzieli, jak Jezus oddał się w ręce Sanhedrynu, Piłata, Heroda. Pokornie, jak owca prowadzona na rzeź. To jest całkowite przeciwieństwo robienia rewolucji.

Możliwe, że Czytelnik odnosi wrażenie, że powyższa dociekana przeze mnie apolityczność Listów Apostolskich jest sprzeczna wobec nauki społecznej jaka się rozwijała w Kościele przez ostatnie kilka set lat. To nasza ziemia, mamy ja czynić sobie poddaną, mamy wziąć odpowiedzialność. Nie tylko za środowisko, lecz i za nasze relacje, nie wykluczając wcale tych największych społeczności ludzkich - narodów. Wydaje mi się po prostu, że jest to zupełnie inny sposób myślenia, niż sposób myślenia autorów listów, niż ich styl życia będący bardzo bezpośrednim naśladowaniem stylu życia Jezusa. Jednak sprzeczność jest pozorna - nie dotyczy ona samej niezmienne Prawdy. Zmienia się świat, zmieniają się język jakim go opisujemy. Zmieniają się styl naszych ludzkich relacji, zmieniają się ustroje państw. W związku z tym zmienia się zrozumienie naszej powinności w świecie - my stoimy za zaangażowaniem politycznym, kiedy u apostołów jest pewna bierność. Misję Jezusa, opisaną w Ewangelii, to misja w jego czasach i jego kulturze. Potrzeba byśmy pełnili misję Jezusa dziś, w naszych czasach, naszej kulturze (naszym dyskursie?). To nie jest proste - co raz trudniej nam zrozumieć co jest sercem Ewangelii, kiedy ta różnica kulturalna robi się coraz większa.