Trud drogi

20 niedziela zwykła

Drugie czytanie

Mając dokoła siebie takie mnóstwo świadków. To jest kontynuacja czytania z ostatniej niedzieli. Mowa tu o przykładach ludzi, którzy, wbrew okolicznością, uwierzyli temu co mówił Bóg. Skoro mamy tak dużo świadków, a dziś mamy ich wiele więcej, jako że wiele wśród ludzi naszych czasów (i naszej ery) poszło tą drogą, to i my mamy dotrzymać im kroku biegnąc wytrwale. Czasem tego biegu jest życie, metą śmierć, nagrodą nowe Jeruzalem. Długi to bieg.

Dalej autor wskazuje na Jezusa. Skoro to On nam przewodzi, to przypatrzmy mu się dobrze, jak biegnie:

On to zamiast radości, którą Mu obiecywano, przecierpiał krzyż, nie bacząc na jego hańbę
ze strony grzeszników tak wielką wycierpiał wrogość wobec siebie

Jezus przyjmuje wrogość faryzeuszy, przyjmuje wrogość mieszkańców Jeruzalem krzyczących ukrzyżuj go. On, jeszcze bardziej niż Ci ludzie wymieniani do tej pory, zaufał w przeciwnościach.

Pierwsze czytanie, czyli przykład opieki Boga

Sytuacja proroka Jeremiasza przypomina sytuację Jezusa. Jego działanie, jego głoszenie prowokuje nienawiść władców. Ci nie pozostają bierni wtrącając go do więzienia. Jeremiasz wie, że to co mówi może kosztować go życie. Biegnie wytrwale.

Jeremiasz doświadczy ratunku przez Boga bezpośrednio na ziemi. Jezus doświadczy jej później. Wpierw potrzebuje oddać całe życie umierając, potem dopiero zasiądzie po prawicy Boga. Obie te sytuacje mają miejsce wciąż. Od pierwszych wieków nie brakuje Kościołowi tak przykładów męczenników, jak i tych, których Bóg wybawiał z więzień. Inna rzecz, że nawet Ci wybawiani z różnych niebezpieczeństw nie raz kończyli męczeńsko.

W ostatecznym rozrachunku nie ma tak dużego znaczenia w jaki sposób dana sytuacja się rozwiąże. Znaczenie ma to, by biec wytrwale. By zrobić w danej sytuacji to, co do nas należy.

Gorsząca Ewangelia

Te dzisiejsze słowa Ewangelii są bardzo dziwne. Czy nie modlimy się, że przyjście Jezusa przyniosło pokój na ziemię? Dziś Jezus mówi dokładnie przeciwnie Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam. Wytłumacz się Jezu, bo nie rozumiem.

Kiedy słyszę te dalsze słowa ( syn przeciw ojcu, matka przeciw córce), to myślę o czasach reformacji. Dokładniej: o kilku niechlubnych wojnach religijnych jakie miały miejsce potem. Część ludzi wchodziła do reformowanych wspólnot, część nie. Nie zawsze przechodzili całymi rodzinami. Potem podczas wojen po obu stronach lała się krew (choć raczej nie bezpośrednio z rąk krewnych). Jak to możliwe, że w imię tego, który głosił miłosierdzie, skazywaliśmy innych na śmierć?

Może nie trzeba cofać się tak daleko. Czy nie jest tak, że wciąż istnieje bariera wierzący / nie wierzący? Że przychodzi nam patrzeć na tych, co odrzucili Ewangelię z pewną wyższością (my znamy prawdę), wyższością biegnącą ku pogardzie?

Przyjście Jezusa było okupione krwią. Nie tylko Jego własną, ale i krwią dzieci zabitych przez Heroda i ludzi zabitych potem w imię szerzenia prawdy. Nie sposób obarczać Boga winą z rozkaz Heroda, winą za naszą nienawiść. To były wolne decyzje tych ludzi, oni ponoszą za nie odpowiedzialność. Jednak, finalnie stało się tak, że przyjście Jezusa przyniosło rozłam.

Ten rozłam przychodzi (i to jest zasadniczy sens tego czytania, nie powyższy komentarz do historii nowszej i dawniejszej) już podczas jego pobytu na ziemi. Prowadząc działalność, wiele razy kłóci się z faryzeuszami. Czasem wręcz ich sam prowokuje. Nie szuka ugłaskanego spokoju. Wręcz przeciwnie - działa stanowczo, widząc, że wzbudza to wrogość.

Ten wytrwały bieg ma w sobie ten niechciany element, że prowadzi do męczeństwa. Niekoniecznie fizycznego. Prowadzi wszak do tego, iż będąc co raz bardziej podobnie do Jezusa, będziemy się co raz bardziej się od innych różnić. Nasze życie będzie co raz dziwniejsze, co raz bardziej inne od życia ludzi w około. Będziemy co raz bardziej obcy i, w pewnym sensie, co raz bardziej samotni - świat przestanie być naszym domem. Może zjawią się tacy, co zaczną nam być wrodzy. Ten rozłam, między chrześcijaństwem a światem, wzrasta tylekroć, ilekroć my idziemy za Jezusem - drogą wszak nie według świata.

Biegnijmy wytrwale. Możliwe, że potrzeba nam dużo zostawić, by pójść za Jezusem - nasze przyjemności, przyzwyczajenia, styl życia w którym było nam dobrze. Popatrzmy na Jezusa. On wszystko oddał, biegł wytrwale.