Spotykanie Boga

16 niedziela zwykła

Pierwsze czytanie, czyli rozpoznawanie.

Ten opis jest dość niejasny. Z jednej strony Abraham spotyka trzech młodzieńców. Z drugiej - jest powiedziane, że Abraham stał przed Panem i czytamy, że zwraca się do niego jako do Pana, w liczbie pojedynczej. Możliwe, że jest to wynik asymilacji dwóch różnych tradycji. W torze tak dzieje się parę razy. Jednak tutaj nie mamy do czynienia z powtórzonym opisem, lecz z pojedynczym, chronologicznym opisem jednego wydarzenia. Z konsekwencją powtarzane jest, że młodzieńców jest trzech, są jak najbardziej realni, a jednocześnie Abraham mówi jakby do kogoś innego - bezpośrednio do Boga.

Przyjrzyjmy się po kolei temu co się dzieje. Wpierw jest tak, że Abraham Pan ukazał się Abrahamowi. Jest to opis wewnętrznego doświadczenia Abrahama, jego spotkania z Bogiem. Ono jest bardzo konkretne - Abraham poznaje, wskutek przebywania przed Panem, naturę trzech młodzieńców. Dlatego się zwraca O Panie, jeśli darzysz mnie życzliwością, racz nie omijać Twego sługi! Przyniosę trochę wody....

Abraham jest wrażliwy. Przychodzi do niego Bóg. Wewnętrznie i konkretnie. Abraham to rozpoznaje, do daje mu zrozumienie sytuacji, w której się znalazł. Postępuje zgodnie z tym co zrozumiał. Dlatego wydarzenia dzieją się dalej. Wskutek tego spotkania Abraham otrzymuje konkretne słowo (poczniesz syna), które po chwili się wypełnia. Na początku całego tego procesu jest wewnętrzne spotkanie i rozpoznanie rzeczywistości.

Ewangelia, czyli rozpoznawanie jeszcze raz.

W domu Łazarza, Marii i Marty gości Jezus z uczniami. Panuje rozgardiasz. Do domu wchodzą goście, trzeba ich przywitać, ugościć. Cała rodzina bardzo się cieszy, że ich przyjaciel przyszedł z wizytą. Oni mają do Jezusa wielki szacunek. Gdy do domu przychodzi ktoś tak wielki, to oczywiste, że nie może niczego zabraknąć. Nie jest to wyrachowanie, krepujące normy, lecz szacunek wyrażony w trosce o dobre przyjęcie wspaniałych gości.

Maria przygotowuje danie, Marta kręci się przy garach. Maria kończy, przyciąga uwagę Marty, tak, idź podać. Wchodzi do pokoju. Zostawia półmisek na stole i zadowolona siada przy Jezusie. Wie, że nie wszystko już zostało zrobione.

Marta naprawdę ma powód by być wściekła. W naszych domach często jest taka złość: ja coś robię, a ty mi nie pomagasz. Znamy tą sytuację. To boli, gdy zostajemy z czymś sami. Czujemy się samotni, niedocenieni. To co dla nas bardzo ważne, nie jest tak ważne dla kogoś obok. Ta druga osoba nawet nie wróciła uwagi. Co takiego skłoniło Marię, be zostawić ten wir spraw do przygotowania? Co zobaczyła w Jezusie, że usidła przy nim kosztem tego, że coś nie będzie gotowe natychmiast?

Maria jest podobna do Abrahama. Rozpoznaje naturę rzeczy. Nie tylko to, że Jezus jest kimś wspaniałym, kimś bardzo dla niej drogim. Takimi widzi go ona, jej siostra, brat. W Marcie dzieje się co więcej. Maria chce być z Jezusem. Marta nie tylko chce oddać mu chwałę, ugościć go należycie do tego kim jest. Marta chce z nim być. Chce tego tak bardzo, że godzi się na to, że coś w przygotowaniach będzie niedociągnięte.

Tu dzieje się coś więcej niż się stało pod dębami Mamre. Tam Abraham uczynił to co należało - oddał chwałę Bogu. Tutaj Marta czyni tak jak Abraham. Maria chce więcej, chce spotkania, nie tylko oddania chwały, okazania troski. Uczyniła więcej, niż uczynił Abraham. Maria musiała naprawdę polubić Jezusa. Pokochać go miłością, której zależy na byciu z konkretną osobą.

To jest niezwykła scena. Maria naprawdę coś zawala by się spotkać z Jezusem. Ta scena dotyczy nas. My też czynimy dla Jezusa wiele rzeczy. Jesteśmy tym zajęci. Czy jesteśmy gotowi coś zawalić, ba może zawalić część posługi, nie uwielbić Jezusa, nie uczynić tego co by należało, po to by usiąść u jego stóp? Ludzi (z Kościoła) wokół też powiedzą - nie robisz tego co potrzeba. Zawalasz. Chodź, jest tyle do zrobienia.

Jezusowi zależy na tej miłości Marii. Zależy mu bardziej na tej miłości, niż na tym by wszystko wokół będzie idealne. To mocne. Mu zależy wpierw na nas. Nie na tym co dla niego zrobimy. Jak go ugościmy. Jak wyśmienicie przygotujemy nabożeństwo. Zależy mu na nas. Niby to takie oczywiste: On nie potrzebuje naszych czynów, naszej miłości, by zaspokoiła jakiś jego brak. To wcale nie jest oczywiste, gdy mamy oderwać się od naszego zaangażowania i coś zostawić.

To wszystko, co robimy, jest dobre. To przygotowanie Marty jest dobre. Nie zrozumcie mnie żle. Nie chodzi o to by zostawiać świat, by być tylko z Bogiem. Myślę, żę Maria nie odeszła ot tak sobie od dania, które przygotowała. Myślę, że dokończyła co robiła, skończyły jedną część. Nie było w Marii nagłego buntu - teraz idę byc z Jezusem, cześć Marto. Teraz to mój czas na modlitwę, na spotkanie z Panem, nie przeszkadzaj mi. Jest wręcz przeciwnie: im bardziej dorastamy, tym szybciej przerywamy modlitwę, kiedy ktoś naś o coś prosi. Ten drugi człowiek jest ważny. Jest w nim Chrystus. Zostaw swoją modlitwę, wygodną Ci i podejdź do mnie tam gdzie cię wołam w drugim człowieku. To tez jest modlitwa, tylko że nie nasza indywidualna, nie ta kreowana według naszej potrzeby. Im bardziej jesteśmy dojrzali, tym szybciej to rozpoznamy. Jak Abraham.

W zachowaniu Marii chodzi o bliskość Jezusa. O indywidualność, osobistość tej miłości. To spotkanie jest cenniejsze od tego co się robi dla chwały Boga. Zatroszczmy się o nie. Posiedźmy, dziś jutro, pojutrze, u jego stóp.

Drugie czytanie.

Drugie czytanie jest dziwne. Nie wiedzę, żadnego jasnego związku z pozostałymi dwoma.

Możliwe, że udręką jakie znosi Paweł dla głoszenia Ewangelii jest napięcie między życiem apostolskim aktywnym w Kościele, a kontemplacyjny. Paweł jest mistykiem, widzimy to wiele razy w jego listach. Jednocześnie jest bardzo zajęty głoszeniem Ewangelii. To może trochę przeszkadzać, te wszystkie zajęcia. Niemożność prowadzenie życia Marty, wiedząc że Kościół potrzebuje tej jego aktywności. Podobne napięcie jak w Ewangelii.

Może ta interpretacja jest prawdziwa. Wolałbym jednak nie przyjmować jej za coś pewnego, lecz pozostać przy naturalnym sensie tych słów o udrękach. Paweł dla Ewangelii bardzo się natrudził - podróże, niebezpieczeństwa, pamiętamy jak sam o tym pisał. Paweł pisze o udrękach, a zaraz po tem pisze o wielkiej chwale Ewangelii, dobre Nowiny, którą głosi.

Ta opowieść chwale, jej doświadczanie, na pewno wypływa z tego, że Paweł siedzi u stóp Jezusa. Myślę, że cały ten jego trud, cała wytrwałość w głoszeniu też biorą się z tego źródła. To w tym zasiedzeniu, zasłuchaniu, zakochaniu jest źródło owocnej posługi. Źródło wytrwałości w przeciwnościach.

Jak się ogląda życie Świętych, to widać, że oni w pewnym momencie odkrywają ta prawdę. Ot, np słowa Piotra Goursat (mam nadzieję, że dobrze parafrzuję) Jak nie będzie mieć pół godziny dziennie na adorację Najświętszego Sakramentu, nic z Was nie będzie. Dla Piotra to adoracja była tym siedzeniem u stóp. Dla innych z nas to osobiste spotkanie wygląda inaczej. Jedno pozostaje: nie będziesz miał czasu na siedzenie u stóp - nic nie będzie z Twojej posługi.